Leśne dziadki
Oto bowiem zbliża się połowa września a emocje związane z udziałem jakiejkolwiek polskiej drużyny w europejskich rozgrywkach już za nami.
Może trochę późno na komentowanie niektórych sytuacji aczkolwiek frustracja polskiego kibica (czytaj mnie) po ostatnim meczu reprezentacji osiągnęła punkt kulminacyjny. Oto bowiem zbliża się połowa września a emocje związane z udziałem jakiejkolwiek polskiej drużyny w europejskich rozgrywkach już za nami.
Może zatem na początku parę słów o piłce podwórkowej i sytuacji na rodzimych boiskach. 5 kolejek minęło jak z bicza strzelił i oto patrzymy na górę tabeli gdzie:
Numer UNO: Wisła Kraków, potęga polskiej piłki nożnej, drużyna która zdominowała praktycznie ostatnią dekadę rozgrywek, a której siła przeminęła w zasadzie wraz z odejściem super machiny Kasperczyka. Z całym szacunkiem dla drużyny Białej Gwiazdy ich prym nie jest spowodowany wysokim poziomem gry –
wystarczy bowiem popatrzeć oczko niżej gdzie znajdziemy Ruch Chorzów, nagle drużyna bez spektakularnych transferów (bo Niedzielan nie mieszczący się w Wiśle to na pewno nie Christiano Ronaldo) dotychczas walcząca o utrzymanie w lidze tudzież znajdująca się w środku tabeli wydaje się walczyć o mistrzostwo Polski…. Nagłe przeobrażenie czy podkreślenie słabej postawy pozostałych ekip?
Zaraz za Ruchem Legia Warszawa - drużyna, która w zasadzie poza czubem w tabeli nic nie osiągnęła na przestani ostatnich lat (oj gdzie czasy Leszka Pisza…). Na domiar złego z roku na roku drużyna grająca chyba coraz słabiej. Czy gdyby to była końcówka sezonu to ktokolwiek liczyłby na sukcesy w przyszłorocznych europejskich rozgrywkach??
Na 7. miejscu Duma Ekstraklasy LECH POZNAŃ… Ekipa, która rok temu zaznaczyła mocnym punktem obecność polskiej piłki klubowej na mapie Europy. Jedyna drużyna, która miała uratować honor polskiej piłki, a która nie jest w stanie dominować na własnym podwórku. Dziwne?
Ale czy należy się dziwić? Jak można walczyć w lidze w której nie do końca wiadomo kto powinien grać (sytuacja Widzewa), najgorsze jest to, że przywykliśmy już do słabości, korupcyjności i całego smrodu jaki serwował i serwuje nam PZPN. Tym razem jednak szkodliwość związku jest widoczna na wszystkich możliwych płaszczyznach.
Oto bowiem efektem końcowym trwającego od dłuższego czasu burdelu jest kryzys, który jakimś cudem (z większym lub mniejszym szczęściem) przez ostatnie 4 lata omijał reprezentację. Niestety "elitarna", jak się wydawało jednostka z orzełkiem na piersi osiągnęła zatrważający poziom bezradności szkoleniowej, motywacyjnej i przede wszystkim organizacyjnej.
Bezczelność osób odpowiedzialnych za bałagan jest tak wielka, że na mecz nadziei ze Słowenią jedzie pokaźna grupka włodarzy z Miodowej po to, aby w nagrodę zagrzać swoje nic nie robiące części ciała w słoweńskich basenach termalnych…
Kiepska kondycja polskiej piłki wymaga natychmiastowej reanimacji, operacji wycięcia raka zżerającego ją od środka od prawie wieku znanego jako PZPN. Po tylu porażkach szansa na rozgonienie towarzystwa leśnych dziadków rośnie. Zmiana struktury i zastąpienie nieudaczników prawdziwymi managerami. Nawet niedoszły bohater polskiej wersji "Jaws" stwierdził:
Niestety jako organizator Euro 2012 status związku nie może być w tym momencie naruszany bo nie daj Boże, wszechpotężny Michele odbierze nam imprezę… zatem czekajmy…
Może w końcu ktoś przekaże wolę ludu: zobacz
Woody
